jak gdyby to wymagało pytania
mar 02
jakoś a nie ilość, miasto No Comments
Mozolnie budował mur wokół siebie, by schronić się przed niebezpieczeństwem powrotu do szaleństwa, cegła za cegłą, ale teraz zatrząsł się on i groził zawaleniem.
- To tylko zdjęcie.
- Zgadza się – odparł Decker. – To tylko zdjęcie. Co widzisz?
- Zmarłego człowieka.
- Zamordowanego człowieka
- Tak. Zamordowanego człowieka.
Nie po prostu zamordowanego; zaszlachtowanego. W furii cięć i pchnięć wyrąbano z niego życie; krew wyciekała na ostrze, które zdruzgotało mu szyję, zniszczyło twarz; wyciekła na ściany. Miał na sobie tylko szorty, więc rany na ciele dawały się łatwo policzyć, mimo krwi. Boone to teraz zrobił, aby jakoś bronić się przed ogarniającą go zgrozą. Nawet tu, w tym pokoju, gdzie doktor wyrzeźbił inne „ja” swego pacjenta, Boone nigdy nie dusił się ze strachu tak,, jak w tej chwili.- Poczuł jak śniadanie, albo l kolacja, podnoszą mu się do gardła wbrew jego woli. Gówno w ustach, jak brud jego czynu.
Licz rany, mówił do siebie, udawaj, że to koraliki na liczydle. Trzy, cztery, pięć w brzuch i pierś; jedna szczególnie postrzępiona, bardziej rozdarcie niż rana, tak szeroka, że wnętrzności mężczyzny wydostały się na zewnątrz. Jedna na ramieniu, jeszcze dwie. I potem twarz, zniszczona przez cięcia. Tak wiele, że ich liczbę trudno było ustalić, nawet gdyby obserwator bardzo się starał. Sprawiły, że ofiary nie dawało się rozpoznać: oczy wydłubane, wargi wydarte, nos posiekany.
- Dosyć? – odezwał się Decker, jak gdyby to wymagało pytania.
- Tak.
- Jest tu o wiele więcej do oglądania.
Odsłonił drugie zdjęcie, pierwsze kładąc obok. Tym razem kobieta, rozwalona na sofie, a górna i dolna część jej ciała skręcone były pod kątem, jakiego się nie spotyka. Chociaż przypuszczalnie nie miała nic wspólnego z pierwszą ofiarą, to rzeźnik postarał się o to, by było między nimi jakieś ohydne podobieństwo. Ten sam brak warg, ten sam brak oczu. Zrodzeni z różnych rodziców, stali się rodzeństwem w śmierci, zdruzgotani tą samą ręką.
RSS